poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Bordeaux

Długi przestój, tym razem spowodowany tym, że działo się więcej niż bym chciał, a jednocześnie zbyt mało. Tak to jak to zwykle bywa.  

Są trzy rzeczy które chciałbym opisać z zaległości: Bordeaux, powrót do Polski i powrót do Paris.

Dziś może napisze tyko o tej pierwszej, mianowicie wycieczce do elektrowni w Blayee.

It was awsooom!:D

..i tutaj mógłbym skończyć ale ja raczej gaduła jestem więc nie skończę.



Cała wyprawa była zorganizowana przez uczelnie i trzeba im przyznać, była zorganizowana lepiej niż wyśmienicie. A zaczęło się tak..

Dostałem swój pierwszy w życiu bilet na TGV i.. powiem wam, że ja jako śmiertelnik zwykle jeżdżący PKP relacji Kraków-Zawiercie w okresie Bożenarodzeniowym nie mogłem wyjść z podziwu. Zaczynając od tego że cichutko, czyściutko, wygodnie i pachnąco, a ceny w barowym nie zabijają, kończąc na tym że 600 km w 3h .. jest fajne. Żeby nie było tak pięknie i żeby Polacy nie czuli się obco TGV miało opóźnienia aż 40 min, więc generalnie lipa, ale chyba im to wybaczę bo z powrotem byliśmy idealnie na czas.

Po wyjściu z dworca w Bordeaux czekał na nas przemiły Pan kierowca z autobusem którym jechaliśmy tylko my i nic w tym dziwnego by nie było gdyby nie fakt iż było nas może z 8 a autobus był na osób 30 no ale.. mi pasowało.



Od razu pojechaliśmy do elektrowni, na wstępne wykłady i zajęcia na symulatorach.
Zaczęliśmy rzecz jasna od lunchu, który jak zwykle był całkiem spoko. Następnie jakieś 4 h wykładu i 4 h symulatora w skali 1:1 identycznego jak kontrol room stojącej obok elektrowni. Możecie sobie wyobrazić uciesz Malina ^^ *.* :D a dotego nasz instruktor był prześwietny i dużo można się byo nauczyć i po naciskać guziczków a to już w ogóle pełna radość.

Zmęczeni pojechaliśmy do hotelu, którym okazał się, nie ukrywam, że ku mojemu zdziwieniu, mały Pałacyk. Nie mogłem uwierzyć, ale tak, dzisiaj śpimy w pałacu. Powiedziałem DOBRA jakoś to zniese :) i wszedłem. Jak weszliśmy do środka przywitano nas iście rodzinnie, a kolacja była tak wyśmienita, że mogłaby iść w konkury z kuchnią mojej Mamy a kto wie o czym mówię to wie że takich słów na wiatr na rzucam! To taka Moja Mum kitchen wersja śródziemnomorska. :)) Po kolacji która trwała 2-3 h (był moment że nie wiedziałem którymi sztućcami powinienem to zjeść, nie sądziłem ze doczekam takiej chwili!) poszliśmy spać bo generalnie dzień był bardzo meczący.


Na dzień następny zaś, wróciliśmy do elektrowni i to był dopiero bajer. Razem z dwójką przewodników weszliśmy na teren elektrowni i byliśmy wszędzie gidze się tylko dało. I tu kolejna rzecz o której zawsze marzyłem i nie sadziłem że jakoś realnie szybko uda mi się zrobić -widziałem reaktor w działającej elektrowni! I to tak.. no blisko no ! Niesamowite wrażenie jak przechodzi się przez te wszystkie procedury
bezpieczeństwa po raz pierwszy, przebiera się w kostium do badania ufo, (biały kombinezon ^^) potem przechodzi się jeszcze raz sprawdzanie skażenia i przez oooooogromne żelazne drzwi do zbiornika reaktora. A tam on jeden by zasilać wszystkie 3 generatory pary, Jeden by grzać chłodziwo . Jeden by wszystko połączyć i napędzić Reaktor:) SUPER! No czułem się jak w książce bo do tej pory uczyliśmy się tylko teoretycznie że to wygląda tak a to tak a tu widzieliśmy wszystko jak to wygląda naprawdę nie na kartce ze przeźroczu.

Potem do hotelu koktajl z inżynierami pogadanka para fajnych frykasów drinków i spać bo na nazajutrz musieliśmy już wracac do Paris. I dobrze bo dwa dni później byłem już w samolocie do Ojczyzny o czym napisze jak najszybciej ale to może już nie dziś.

Wszytko ładnie pięknie a jednak mogło by być inaczej . No ale zobaczymy co to życie przyniesie!
Do potem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz