sobota, 29 września 2012

Rondo przed wjazdem na uczelnie
Cały długi tydzień za mną.

Jeśli chodzi o zajęcia. Są podzielone na dwie grupy: Arcynudne i ciekawe ale jeszcze się nie rozkręciły. Wiec na razie bezstresowo i dzięki  dużej ilości kawy z automatu, jakoś nadążam za francuskimi naukowcami.
Zaskoczyli mnie raz czy dwa, ale na 99 % jestem przekonany, że to ja miałem racje:P

Jak widzicie, zajęcia mam w miejscu odosobnionym a na terenie uczelni biegają zające:) Bardzo miła okolica, pośrodku niczego w okół pola kukurydzy i ludzie z pralką na rondzie, o których napisze w terminie najbliższym:)

Codziennie odkrywam nowości w stołówce którą dokładniej opisze „kiedyś tam” . Staram się zawsze brać coś innego coby popróbować jak tu jadają.  Spostrzegłem że wszelkiego rodzaju kotlety są: albo krwiste, albo nie dosmażone, albo nie doprawione, albo jakąkolwiek kombinacja tych trzech.

Spostrzeżenia inne:
  • ·         Mussaka jest dobra,
  • ·         Michał zawsze weźmie coś czego nie da się zjeść(dziecko szczęścia) wziął niedorobione żeberka i siedział nad nimi 45 min bo nie dało się ich pokroić, albo jakkolwiek rozdrobnić w jadalne kawałki:D
  • ·         Najlepszy deser to owoce w jogurcie naturalnym z powidłami jabłkowymi. 
  • ·         Jak bierzesz jedzenie od tego samego pana przez cały tydzień zapamięta że nie umiesz mówić po francusku i przestawia sie na język migowy:)
  • Ludzie w stołówce w większości są przemili i uśmiechnięci w odróżnieniu od polskich miejsc tego typu:)
Tak mniej więcej wyglądają moje obiady. Tutaj: Przystawka-surówka, danie główne mussaka z pieczonymi ziemniaczkami i fasolką szparagową, deser 1 - brie z bułką, deser 2 ciasto z brzoskwiniami.

Spostrzeżenia z jednego z powrotów z zajęć:

Apropo jedzenia. Wracając busem z koleżankami z Indii zostałem poczęstowany ich przysmakiem z jakiś tam grzybów. Z racji tego że na stołówce mało jest rzeczy dla vegetarian, a one mięsa nie jedzą bo nie lubią same sobie przyrządzają co nieco.  Na początku nie chciałem ale po tym jak Kolega Chińczyk zjadł i powiedział że dobre skusiłem się na kęsa. I dobrze, bo naprawdę bardzo dobre. dziewczyny stanowczo potrafią gotować. Co prawda potem Kolega powiedział ze jestem słodki i wtedy zacząłem się zastanawiać czy to nie te grzyby tak na niego podziałały, ale chyba nie:D:D

Kolejna uwaga dla fanów kuchni.  Całe życie myślałem że w chinach je się wszystko na ostro. Otóż nie.  Dowiedziałem się że to ściśle zależy od miasta. Są miasta w których jedzą naprawdę ostro, a są takie gdzie nie tolerują ostrych przypraw. 

Dziś udało mi się znaleźć lekarza kupić bilet do polski na święta i zamówić francuski nr telefonu. Konto uszczupliło się znacznie, no ale od tego jest.

Kupione dwie bagietki po długim tygodniu pora się zrelaksować.

Jutro Zwiedzanie Wersalu!:)

Stacja RER'a B w oczekiwaniu na pociąg

czwartek, 20 września 2012

Pierwsze dni pełnowymiarowych zajęć




Pierwsze dni  pełnowymiarowych zajęć, od 9:00 do 16:45 za mną. 
Zaczęły się dość interesująco, kiedy to podkuszony słowami Michała „ten jest pusty na pewno jedzie na CEA, wszystkie tam jadą”, wsiadłem z nim do autobusu któryNIE jechał tam gdzie my:D.
Na szczęście dzięki życzliwości pewnej Panny która pomogła nam w komunikacji z kierowcą, po 30 min marszu, spóźniliśmy się 20 min na zajęcia.
Wykład był monotonny, o zagrożeniach dla środowiska ze strony Energetyki jądrowej. Temat dość dobrze oklepany, wiec nie dowiedziałem się nic nowego. Pani Prof. zaskoczyła NAS na końcu krótki m testem , a Michał zaskoczył MNIE, bo w odpowiedzi na ostatnie pytanie narysował obrazek :D, a miał napisać jak wygląda obieg wody w przyrodzie czy coś.
Po Lunchu kawka i kolejny 3 h wykładu. Tym razem o Wodnych reaktorach ciśnieniowych tzw. PWR.
Tutaj znów nie dowiedziałem się nic nowego. Pan zaczął się rozkręcać pod koniec, ale no, czas naglił, wiec może następnym.

Moja okolica zaskakuje, a może to prawa Murphy’iego, ale dziś znalazłem punkt naprawy akordeonów ale miałem poważne problemy ze znalezieniem Piekarni :D


środa, 19 września 2012

LUWRE!












W niedziele postanowiliśmy odwiedzić zacne muzeum Luwr.
Wsiedliśmy do odpowiedniej linii metra, zobaczyliśmy że stacja nazywa się: cośtam Luvre, wiec wysiedliśmy i podążamy za tłumem. Mijamy: starbucksa, maca, aple store i ku naszym zdziwieniu ukazała się nam  całkiem ładna odwrócona szklana piramida. Okazało się że wychodząc z metra nie musimy wcale wychodzić na powierzchnie tylko bezpośrednio podziemiami  przez metro i nie musieliśmy stać w całkiem pokaźnej kolejce przed podobną piramidą, tylko że nie odwróconą, na zewnątrz.
Mają tam nawet mapki w języku polskim wiec zwiedzanie było dużo łatwiejszeJ
Zaczęliśmy od poziomu 0 i skrzydła Richelieu. Całkiem fajne rzeźby, kodeks Hamurabiego i trochę Egipskiego staffu robią wrażenie pod przeogromnym szklanym dachem J.
Nasz plan zwiedzania był od pkt do punktu, ponieważ na mapce sa wyróżnione ciekawsze eksponaty(około 6 takich na piętro, piętro ma 3 skrzydła, wiec po 2 na skrzydło).
Na poziomie 0 ciekawszymi eksponatami były jeszcze Venus z milo, umierający niewolnik Michała Anioła i Psyche budzona przez pocałunek kupidyma. Psyche moim zdaniem jest najfajniejszą rzeźba tam. No ale to rzecz gustu.
Poziom 1 to jest szaleństwoJ Apartamenty Napoleona III naprawdę zapierają dech w piersiach. Nawet Michał jak by mniej mówił.. :D Wesele w kanie również całkiem fajny obraz, ale za to na MONIE Lizie się zawiodłem. Myślałem ze jest większa… Mega tłum, wszyscy  się puchają do tej Mony a tu taki mały obrazek tzn, mały w porównaniu z resztą które tam wisząJ
Po obiegnięciu poziomu 1 usiedliśmy w jednej z klimatyzowanych sal (nie wszytki mają full wypas), i zaczęliśmy rozmawiać o pierdołach. Po jakiś 20 min idziemy, ale nie może być tak prosto. Michał Trzymał mi Marynarkę i w monecie kiedy mieliśmy ruszać zwiedzać dalej zauważył że jej nie ma! ZGUBIŁ mi marynarkę w Luwrze!! Lekko spanikowani zaczęliśmy wracać tą samą drogą która przyszliśmy, a musicie wiedzieć że nie było to łatwe w tym labiryncie, kiedy w końcu w któreś sali z kolei zauważyliśmy ją powieszona na krześle ochroniarza. Odebraliśmy co nasze i poszliśmy na kawkę do Cafe Richelieu mieszczącej się na jednym z tarasów Luwru z przepięknym widokiem na resztę budynków i szklaną piramidęJ
Po kawie od niechcenie przebiegliśmy szybko poziom 2 ponieważ byliśmy już dość. Kiedy doszliśmy do jednego z wyróżnionych obrazów oboje równocześnie dość szeroko się uśmiechnęliśmy. Owym obrazem był obraz –Portret Gabrielle d’Estrees i jej siostry- które to toples trzymały się  piersi. Zasadniczo co drugi obraz tam to nagość itp. ale ten był wyjątkowo zabawny jeszcze jakiś turysta z chin robił sobie tak wyraziste zdjęcie z tym obrazem .. Masakra :D
Tym humorystycznemu akcentem zakończyliśmy przygodę z Luwrem.
Poszliśmy do kościoła po kościele piwko nad Loarą przy akompaniamencie bardzo dobrych bębniarzy i dzień uważam za udany.


wtorek, 11 września 2012

Kolejne dwa dni minęły

Z pomocą Dyrekcji udało sie nam zarejestrować na ParisSud

         Otrzymałem legitymacje studencką  i inne papierki świadczące o tym, że oficjalnie studiuje we Francji. Główny plus tego jest taki, że jak miałbym kontrole ochrony w metrze, albo policji, czy coś, to jak im pokaże to to szybciej mnie puszczą niż jak bym pokazał polski dowód, przynajmniej tak nam powiedziano pół żartem półserio.
         Po rejestracji wyruszyliśmy po lodówkę do sąsiedniej miejscowości.  Idziemy i idziemy i chodnik się skończył. Została się tylko czerwona droga.  Ja wiedziałem ze to, że  jest czerwona nie wróży nic dobrego, ale  Michał stwierdził „nieee spoko”. Na szczęście później spostrzegliśmy ze da się iść jakoś z boku tylko trza się przesmyknąć za bariery ochronne  (bo to jakaś droga szybkiego ruchu była). Po tym jak zeszliśmy z czerwonej drogi zobaczyliśmy jak zapiernicz po niej Autobus i to w cale nie wolno, wiec mieliśmy szczęście, a ja znów miałem racje:D
No, ale po jakiś 20 min doszliśmy do sklepu o wdzięcznej nazwie BUT. Sklep był zamknięty rolety zasłonięte bo lunch Time so.. we waiting. Jak już otworzyli szybko znaleźliśmy w sklepie najtańsza lodówkę firmy AYA  za 99 E.  Pan który nam ja sprzedawał nie mówił po ang ale rozumia,ł wiec poposzło gładko. Dostaliśmy świstek i kazał udać się nam do kasy. W kasie nikt nie mówił ani trochę po ang.  Pani w kasie bardzo miła i uśmiechnięta, zadzwoniła do biura i przez głośno mówiący rozmawialiśmy z kimś kto mówi trochę po ang.  Zapytał czy mamy swój transport czy nie. Stwierdziliśmy ze mamy i damy se rade.  No i z uśmiecham na twarzy poszliśmy do magazynu. Po dłuższej chwili dostaliśmy upragnioną lodówkę. Tym razem poszliśmy już na przystanek autobusowy linii tvm i tym sposobem do transportowaliśmy lodówkę za 99 E do naszej Residence.
Potem małe zakupy w intermarche i w sumie tak minął dzień.

          Dzisiaj mieliśmy jechać do Wersalu ,ale pogoda nas powstrzymała. Pochmurno i pada wiec siedzimy w akademiku i oswajamy się z miejsce.
Popołudniu pojechaliśmy na wcześniej umówione spotkanie do banku. Tam okazało się ze jednak nie możemy założyć konta w tym oddziale i musimy jechać do miejscowości obok. Ze zwątpieniem na twarzach pojechaliśmy i po 15 minutach marszu od stacji RER znaleźliśmy  nasz BANK.
Mówili tam po angielsku a pani która jest jakby naszym konsultantem jest wyjątkowo urodziwa. Wszystko poszło sprawnie i gładko. Stanowczo ten odział spisał się na 5+ jak by się dało jakieś oceny im wystawić to z chęcią bym ich wychwalił bo było nie jak we fr, zorganizowanie bez problemowo no po prostu nareszcie tak jak być powinno. Niestety trzeba dodać ze był to nasz czwarty odział który odwiedziliśmy i dopiero w tym się udało coś wskórać.





Ciekawostki:

Jeden z moich kolegów z roku zapytał mnie czy w Polsce są,, lub byli  wikingowie  i był bardzo zdziwiony ze Polska jest taka duża i jest tak blisko Francji

Co dziennie będę przejeżdżał przed stacje Rer B czyli podmiejskiego pociąga linii B, o roboczej nazwie la becon (nazwa francuska nie do przeczytania dla mnie kojarzy mi się tylko z bekonem)

A świadkowie Jehowy chyba wszędzie wyglądają tak samo.

niedziela, 9 września 2012

Dzień zwiedzania.








 

Dziś razem z Michałem rano pojechaliśmy do polskiego kościoła na 9.30. Po mszy rozpoczęło się wielkie zwiedzanie. Stanęliśmy na planu concord spojrzeliśmy przed siebie wieża eifla w prawo jakieś duże fajne coś a za tym czymś w zamyśle miał być łuk triumfalny. W lewo ogród i jakiś pałacyk na końcu. Wiec , idziemy w prawo zobaczymy co to.  Ogród całkiem ładny równiutko przystrzyżone kasztany, fontanny itp. Po dłuższej chwili spostrzegliśmy łuk z jakimiś kaniami na górze a za łukiem dość charakterystyczna piramida która zawsze już będzie mi się kojarzyć z kodem Leonarda da Vinci . Luwre! Zakrzyknąłem do Michała i poszliśmy sobie strzelić obowiązkową fotkę pod piramida i obejrzeć budynku muzeum. Bo na wejście do środka nei byliśmy przygotowani mentalnie i czasowo. (kolejka była faktycznie jak na eurotripie :D).
Z pod Luwru poszliśmy wzdłuż Sekwany z powrotem na concord ażeby stamtąd pokierować się na ten właściwy łuk bez koni ale zato wyposażonym w taras widokowy i 254 schody:].  Podrodze zobaczyliśmy wiele interesujących budynków mosty z kłódkami zakochanych jak i podejrzanych hindusów którzy przy wejściu i przy wyjściu chcieli abyśmy podpisali jakąś petycje. Stwierdziłem że ich nei rozumiem i nic nei będę podpisywał. Jak się okazało dobrze zrobiłem bo jakieś 10 min później widzieliśmy bandę hindusów których gonił radiowóz policji. Nie wiem o co kaman ale na pewno coś kombinowali :D.
Doszliśmy do concorde i obraliśmy kierunek na sławetny łuk. Po dużo dłuższej chwili dość piaszczystym i kurzącym chodnikiem doszliśmy pod sam łuk.  Najpierw rekonesans z zewnątrz czy na pewno jest masywny stabilny i czy jak wleziemy na górę to się nie rozleci. Wstępne inżynierskie oględziny wypadły całkiem ok wiec postanowiliśmy stanąć w kolejce po darmowy bilet. Staliśmy jakieś 15 min .  Po przeszukiwaniu mojego plecaka pani ochroniarka stwierdziła „ok you can go” so i go. Weszliśmy i faktycznie widok był niesomowity pogoda dopisała choć słońce było bardzo rażące. Naprawdę warto tam zajrzeć jak ktoś nei miał by co robić w Paryżu. No ale poszwendaliśmy się potem po sklepiku z pamiątkami(mają mega fajne małe katarynki po 7 E :D ), i poszliśmy zwiedzać dalej w poszukiwaniu McDonalda i wieży eifla.
Wieże wiedzieliśmy jak znaleźć ale specjalnie pobłądziliśmy trochę po okolicznych uliczkach znajdując pusta pizza hut i pełna pizzerie Speed Rabit :D Znaleźliśmy nareszcie pralnie, udało mi się zobaczyć jakieś fajne auto jak przystało na stolice, kilka porschaków lambo ferrari i poczuliśmy się jak w naprawdę dużym mieścieJ.
Maca nie znaleźliśmy ale znaleźliśmy wieże eifla i to zaszliśmy na nią od dobrej strony tak ze raziła swa monumentalnością. I fajnie bo naprawdę jest fajna.  Pod Eiflem fajne fontanny karuzele z muzyczką z allo allo  ponowie którzy zarabiają na turystach którzy zgadują pod którym krążkiem zostawił białe kółeczko a pod którym nie po przetasowaniu. A stawki są niezłe bo chyba po 50 E so..
Na wieże nie wchodziliśmy bo kolejka była naprawdę długa a będzie jeszcze okazja żeby sobie zarezerwować i tracąc mniej czasu wjechać na górę.
Już naprawdę głodni pojechaliśmy szukać maca i znaleźliśmy co prawda zajęło to nam jakieś 30 min ale się udało.
 Big mac, frytki, Cola, 4 kawałki kurczaka: 8E, wiec całkiem ok
Posileni i Wypoczęci ruszyliśmy na najsławniejszą chyba tu katedrę Notre Dame.
Katedra przepiękna i z zewnątrz i w wewnątrz. Nie załapałem się na koncert organowy bo organy w remoncie ale ja im nie odpuszczę :D jeszcze tam wrócę J z ciekawostek pierwszy raz widziałem akwaria które były konfesjonałami. Podejrzewam ze z dźwiękoszczelnych szyb bo w samej katedrze unosi się ciągły szmer nie unikniony przy takiej ilości zwiedzających.
Cyknęliśmy parę fotek na dzwonnice nie weszliśmy bo wejście było zamknięte(chyba wpuszczają ludzi partiami czy jakoś tak), a kolejka już była na ładnych parę set metrów wiec innym razem.
Zmęczeni ale zadowoleni i z ogromem zdjęć wsiedliśmy do rer B i wróciliśmy do akademika. Na szczęście był jeszcze otwarty jakiś sklep wiec można było kupić co nieco zimnego.
Przypomnienie autora: Nadal nie mam lodówki:/ sprawę może uda mi się rozwikłać jutro.
Ide coś zjeśćJ


sobota, 8 września 2012

Malin w Paryżu- first week



Przyleciałem. Lot AF był opóźniony koło 40 min a opóźnienie to wydłużyło się do jakiejś godziny. Po wyjściu z aeroplanu definitywnie stwierdziłem że nei jestem już w Polsce wszystko było większe nowsze i robiło wrażenie bardziej zorganizowanego niż było w Ojczyźnie. Pierwsze co zrobiłem włączyłem telefon i z błagalnym wzrokiem kota ze Shreka parzyłem na wskaźnik zasiągu, paczałem, paczałem paczałem aż paczałki zwątpiły że zobaczą cokolwiek innego niż ciemno szare pole wskazujące na permanentny brak jakiejkolwiek łączności ze światem.

Wtedy to poraz pierwszy natchnęła mnie myśl że ten kraj jest nieprzyjazny dla Malinów. No ale mówie nic to zobaczymy co przyniesie reszta wieczory bo było już grubo po 18, i następne dni.  Odebraliśmy bagaż przeszliśmy/przejechaliśmy na ruchomych chodnikach do wyjścia z lotniska(jest naprawdę całkiem pokaźnych rozmiarów). Nie bez problemów Olga z Filipem kupili mi bilet na pociąg i metro które miało nas zawieś do ich apartament. W pociągu z lotniska na stacje metra udało mi się nawiązać połączenie z polską- żyje nic mi nie jest  miałem opóźniony lot zadzwonię potem- ten krótki acz treściwy przekaz musiał na razie wystarczyć famili  pozostałej na ziemiach biało czerwonych.  Wtedy to powiedziałem że pierwsza część planu zawiodła, chodziło oczywiście o telefon a dokładnie o francuskie sieci, nie wiem czemu miałem i w sumie po tygodniu nadal miewam dość duże problemy w korzystaniu z kom.
Bez problemu dojechaliśmy do mieszkania rozpakowałem się w trybie koczowniczym tzn. podstawowe rzeczy i szczoteczka na wierzch wszystko inne nadal w walizkach. Jak zaraz przeczytacie w walizkach było aż do wtorku a przyleciałem w czwartek.

Filip praktycznie od razu pojechał na lotnisko po Michała który miał przylecieć później.  Planowo powinni być koło 23 w domu ostatecznie byli przed 1 bo panowie z kolei postanowili zrobić remont i zamknąć kolej. W tym momencie poczułem sie jak w Polsce.
Krótka i bardzo do bra kolacja i spać.
W piątek wielka wyprawa do CampusFrance firmy która ma sią opiekować takimi ludźmi jak ja czy wcześniej wspomniani koledzy/koleżankaJ
Weszliśmy do budynku pani w recepcji kazała czekać. Czekam . czekam , czekam, czekam ale ide po wode, czekam z wodą i oczywiście w momencie kiedy chciałem się napić podchodzi do mnie koleś i zaczyna szprechać nie po naszemu, w net zrozumiał że w tym języku sobie zemną nie porozmawia i przeszliśmy na odpowiednio frenglisz i polglisz i tutaj już mogliśmy poszaleć. Pan kazał mi podpisać to i tamto powiedział że zakwaterują mnie w hotelu do poniedziałku a w poniedziałek mam jechać do versailie coś tam no i tutaj zaczęły się schody. Jest to organizacja zajmująca się zakwaterowaniem ale przeczuwałem że akademik jaki dostane nie będzie najwyższych lotów i prawdopodobnie będzie gdzieś gdzie dojechać można jedynie konno. Próbowałem powalczyć o jakiś inny przydział ale byłem bez silny. Lekko zaniepokojony ale spokojny bo mam nocleg na 3 dni i znajomych którzy w razie czego pomogą ogarnąć ten cały rozgardiasz pojechałem do otelu jak by to powiedzieli francuzi.
Przyspieszając opowieść w poniedziałek poszedłem do crusa i jak zwykle po urzędniczych męczarniach dostałem akademik.

Akademik to pokój 11 m kw z łóżkiem biurkiem krzesłem i półka prysznic na 4 os oddzielony w kotarkami(koledzy radzą żebym się nie wypinał) a co ciekawsze w toaletach dostępnych jedynie nakorytarzu nie ma desek.  Wiec  pozycja na Małysza wraca do łaskJ
Michał po tym jak zgubili i znaleźli jego papiery dostał pokój obok  mnie jakimś cudem dzięki pomocy studentki która mówiła co nieco po angielsku założyłem sobie internet i tym oto sposobem zyje w Paryżu już ponad tydzień.

Uczelnia. Pierwsze spotkanie na uczelni miałem w czwartek. Rozdali foldery informacyjne pendrajwy długopisy itd. Zjedliśmy dość dobry lancz po czym odbyły się dwa wykłady. Jeden jak przystało na łelkom dej o tym gdzie i jak możemy pracować czysto reklamowy wykład. Drugi, już w grupach specjalnościowych o tym co możemy co nie itd. Dostaliśmy tez plany. Okazuje się ze w ost piątek przed świetami mam kolokwium/egzamin, a w [pierwszy dzień przed świetami mam egzamin so.. greatJ. Na końcu pan derektor poprosił aby dwóch studentów z polski stawiło się nazajutrz w tym samym miejscu o godzinie 9.30 w celu objaśnienia/przetłumaczenia na ang procedur rejestracyjnych na parisud. I to było bardzo przydatne bo bez tej pomocy która trwała jakieś 2-3 h nie przebrnął ym przez tą rejestracje.  Teraz czekam do poniedziałku aż będzie miała miejsce prawdziwa rejestracja zobaczymy co wtedy mnie zaskoczy.
Informacje zaobserwowane na szybko.

Najtańsza herbata- lipton  3.4e za 100 torebek
Najtańsze piwo- heineken  0,89e za 0,5l
Najtańsza czekolada- milka 1,79e za 200g

Oczywiście jak by się poszukało może cos bym znalazł innego np. w jednym sklepie widziałem czekoladę jakąś coś jak aro to była trochę tańsza ale trochę to słowo klucz.